"No place to hide..."
- czyli rzecz na temat głębokich rowów

Parafrazując dość znane polskie powiedzenie: “droga jaka jest, każdy widzi”. Nie ma w zasadzie nad czym dłużej się rozwodzić, bo i każdy wie, że jest źle. Jeśli zapytamy pierwszego lepszego kierowcy, z dużym prawdopodobieństwem zwróci on uwagę najpierw na dziury w jezdni, po czym wspomni jeszcze o koleinach, które to... będą zapewne klamrą zamykającą temat. To tak jakby użytkownicy dróg widzieli tylko to, co bezpośrednio przed nimi, nie próbując spojrzeć na sprawę troszkę szerzej. Na tyle szerzej aby dostrzec jeszcze to co obok jezdni, a mianowicie... przydrożne rowy.

Tendencje we współczesnym światowym drogownictwie są takie, aby droga wybaczała jak najwięcej błędów uczestnikom ruchu. Ujmując sprawę inaczej, konstrukcja jezdni oraz wszystkiego co znajduje się wokół niej, powinna dawać jak największy margines bezpieczeństwa. Efektem tego powinna być gwarancja, iż jak najmniejszy procent błędów popełnianych na drodze będzie się wiązał z nieodwracalnym wyrokiem śmierci, kalectwa, bądź utraty zdrowia.

Światowe tendencje to jednak jedno, a polska praktyka - drugie. Wygląda na to, że w nasz lokalny krajobraz na stałe już wpisały się, ciągnące się wzdłuż tras, przydrożne rowy. I nie piszę tu o kilkudziesięciocentymetrowych wyżłobieniach przy wiejskich dróżkach, tylko o potężnych, często dodatkowo zbrojonych rowach, których głębokość oscyluje wokół dwóch metrów. Co ciekawe, tego typu konstrukcji ze świecą szukać wśród choćby innych państw członkowskich Unii Europejskiej, ot taka nasza "prywatna" anomalia. Współczesne drogownictwo obwarowane jest mnóstwem przepisów, które to w sposób nie znoszący sprzeciwu, wykładają drogowcom tajniki budowy jezdni i wszystkiego wokół. Daleki jestem od stwierdzenia, iż sztuka projektowania i budowy prawidłowych rozwiązań komunikacyjnych jest rzeczą łatwą. Niemniej jednak, patrząc chłodnym okiem kierowcy korzystającego z efektów całej tej wytężonej pracy, często zadaję sobie pytanie o poziom rozwinięcia jednego bardzo ważnego przymiotu u twórców polskich dróg. Zadaję sobie pytanie o... wyobraźnię. Często bowiem praktyka, w sposób niezwykle brutalny obnaża cały szereg niedociągnięć. Ów szereg jest na tyle długi, że sami zadajemy sobie pytanie, czy kiedykolwiek w fazie projektów, ktoś zastanowił się „jak to wszystko będzie działać”? Brak owego pytania, w mojej opinii, z pewnością zaistniał podczas próby wkomponowania w „polską drogę” właśnie wielkich rowów.

O ile bowiem doskonale rozumiem potrzebę odprowadzenia wód opadowych z jezdni, to w żadnym wypadku nie widzę najmniejszego racjonalnego argumentu, który w sposób jasny i klarowny uzmysłowiłby mi, że dwumetrowa głębokość rowu jest niezbędna na terenie, który w swojej historii nigdy nie był nawiedzony przez ulewne deszcze, ma niewielki poziom wód gruntowych oraz znajduje się w odległości kilku kilometrów od najbliższego zbiornika wodnego. Owej sytuacji najzwyczajniej w świecie pojąć nie mogę. Widzę ją jednak codziennie, jadąc do pracy. Konsekwencje? Co najmniej kilka razy w miesiącu ktoś owe rowy „zwiedza” z bliższej perspektywy. Jezdnia dość niedawno została oddana do użytku. Szeroka i prosta jak stół. Kierowcy zachęceni takim stanem rzeczy często mocniej naciskają prawy pedał. Dotyczy to zarówno aut osobowych jak i niezwykle częstych w tym rejonie ciężarówek. Prędkości więc zwykle oscylują powyżej 80 km/h. Wszyscy wiemy, że droga to wciąż zmieniające się sytuacje, często niebezpieczne. W takich, kryzysowych momentach, o życiu i zdrowiu ich uczestników decyduje cały szereg bardzo ważnych elementów. Od umiejętności kierowcy, po stan techniczny samochodu. Wszystko to jednak nie ma najmniejszego sensu, gdy kierowca nie ma możliwości manewru. Głębokie rowy przydrożne w sposób bardzo drastyczny zawężają wszelkie możliwości ucieczki... W takim przypadku nie ma mowy o ratowaniu się wyjechaniem poza newralgiczny obszar jakim jest jezdnia. Okazuje się, że jesteśmy na niej uwięzieni. Wszelkie próby takiego postępowania skończyć się mogą tragicznie. Auta wpadające przy dużych prędkościach w rowy zwykle nadają się jedynie do kasacji, a osoby będące wewnątrz giną w ułamkach sekund pod poskręcaną blachą. Okazuje się, że nie ma miejsca by schronić się przed niebezpieczeństwem... A sytuacja mogłaby wyglądać zupełnie inaczej. Wyjazd, nawet przy dużej prędkości w trawiaste, szerokie pobocze, to co najwyżej urwany zderzak, czy też wahacz. Nawet kilkukrotne „rolowanie” autem, w „szczerym polu” będzie z pewnością miało mniejsze konsekwencje niż czołowe zderzenie z utwardzonym betonem zboczem rowu. Powyższy przykład sugestywnie działa na wyobraźnię, choć z pewnością nie jest ani najbardziej oryginalnym, ani najbardziej tragicznym. Historia wzięta z życia.

Przydrożne rowy stwarzają niebezpieczeństwo w dziesiątkach innych sytuacji. Stosunkowo niewielka odległość oddzielająca pas ruchu od „zbocza” rowu „plus” chwilowa nieuwaga kierowcy to często niespodziewana wizyta w rowie. Nieważne, jedną osią, czy też całym autem. Sytuacja jeśli nawet nie niebezpieczna, to z pewnością irytująca. Podobnie sprawa ma się w zimie, kiedy to kierowcy nagminnie wpadają w gigantyczne śniegowe zaspy, próbując zatrzymać samochód na poboczu. Przypominam, że koszty samego wyciągnięcia takiego auta rzadko wynoszą poniżej stu złotych, do tego dochodzi dojazd holownika oraz bardzo prawdopodobne poprawki lakiernicze. Głupi i niepotrzebny wydatek? Ależ oczywiście.

Pozostaje więc zastanowić się, czy kopanie wzdłuż tras tak potężnych rowów, bez kompleksowego rozważenia wszystkich „za” i „przeciw” nie mija się przypadkiem z celem. Czy nie wystarczyłby dobrze zaprojektowany system kanalizacji deszczowej, lub choćby bardziej precyzyjne dostosowanie wdrażanych projektów do konkretnych obszarów? Może warto byłoby w tym temacie zasięgnąć opinii naszych unijnych partnerów, w szczególności Niemców, którzy na całym świecie słyną z bardzo solidnego drogownictwa? Dobrze by było gdyby choć raz Polak był mądry przed szkodą. I nawet nie chodzi tu o koszty związane z późniejszym zasypywaniem nikomu nie potrzebnych dołów wzdłuż jezdni. Bardziej istotnym wydaje się tu być koszt jaki poniosą kolejne ofiary wypadków, którym można było zapobiec. Koszt w postaci ludzkiego życia...

Piotr Stachowiak

Do góry