Tomasz Czopik: czterokrotny Mistrz Polski w rajdach samochodowych. Jest właścicielem i instruktorem w Szkole Bezpiecznej Jazdy. Znany jest również z prowadzenia w telewizji kilku programów o tematyce motoryzacyjnej (m.in. "Moc", "Bezpieczna Jedynka"). Postanowił podzielić się z nami kilkoma uwagami na temat bezpieczeństwa na polskich drogach. Poniżej zamieszczamy otrzymany od niego list.


Witam!

Moje zdanie w kwestii bezpieczeństwa na drogach oparte jest nie tylko na wieloletnim doświadczeniu jako kierowcy ale wynika także z prowadzonych od trzech lat szkoleń dla kierowców w ramach Szkoły Bezpiecznej Jazdy.

Swój głos w dyskusji podzielę na trzy punkty: kierowca, samochód, droga.

Po pierwsze kurs na prawo jazdy! Każdy na pewno słyszał o kupowanych egzaminach zatem ten element pominę... milczeniem! Niezmiernie istotną kwestią jest system szkolenia, który nadal szwankuje. Zwiększony nacisk na teorię oraz ograniczenie zajęć praktycznych do jazdy między pachołkami oraz w ruchu ulicznym powoduje, że świeżo upieczony kierowca styka się z prędkością większą niż 60-70 km/h dopiero po egzaminie, kiedy z reguły zostaje sam, czyli po prostu bez niczyjego nadzoru. Uzyskanie prawa jazdy pozwala mu tego samego dnia wjechać na autostradę i jechać przepisowo 130 km/h pomiędzy innymi samochodami. Nie oswojony z prędkością młody „driver” przeżywa wówczas wszystko pierwszy raz w życiu...! Dla mnie zgroza!

System szkolenia powinien być zdecydowanie nastawiony na praktykę. Jazdy szkoleniowe powinny się odbywać w takim samym wymiarze w mieście jak i poza nim, a jeżeli to możliwe także na autostradach.

Tak jak ma to miejsce w Europie Zachodniej instruktorzy powinni być poddawani stałej weryfikacji. Jeżeli np. na przestrzeni dwóch lat młody kierowca powoduje kolizje czy łamie ograniczenia prędkości, powinno to także obarczać konto jego nauczyciela.

Jeżeli odsetek takich kierowców przekroczy pewien ustalony poziom wówczas instruktor powinien tracić swoją licencję – zwyczajnie okazał się złym nauczycielem.

Załóżmy, że pomimo trudności dobrze wyszkoliliśmy kierowcę. Wsiada we własny samochód i...! No właśnie - samochód. Mój felieton w portalu interia.pl na temat importu używanych samochodów spotkał się z ogromem społecznej krytyki. Że czepiam się słabiej zarabiających, że każdy ma taki samochód na jaki go stać i nic mi do tego, w końcu że reprezentuję lobby dealerów sprzedających nowe samochody...!

Temat wywołuje w społeczeństwie znaczne emocje i o jedności opinii w tej sprawie nie ma mowy. Moje zdanie w tej materii pozostaje niezmienne. STOP dla wraków sprowadzanych z zachodu!!! Trudno rozmawiać o bezpieczeństwie na drogach kiedy jeżdżą po nich samochody zostawiające cztery ślady... widziałem coś takiego dwa dni temu.

Nie mam oczywiście nic przeciwko samochodom używanym – sam taki kupiłem. Auto jest kilkuletnie, ale zadbane, regularnie serwisowane, a co za tym idzie BEZPIECZNE !

Dwa słowa poświęcę jeszcze oponom. W naszych warunkach klimatycznych (rok dzieli się właściwie na lato i zimę) zmiana opon powinna być kodeksowo uregulowana. Zimą na „zimówkach” – latem na „letnich”.

Nikt normalny nie chodzi w sandałach po śniegu – choć da się...! Koniec i kropka!

Trzecia kwestia to drogi. Nic właściwie nie trzeba tu dodawać bo opinia w tej kwestii jest jedna. Mamy jedne z najgorszych dróg w Europie. Podróżowałem ostatnio po świecie i gorsze spotkałem jedynie na Ukrainie i w Bułgarii.

Póki zatem nie mamy jeszcze normalnych równych asfaltów sugeruję skupić się na kilku innych czynnikach wpływających na bezpieczeństwo.

Po pierwsze trzeba zdać sobie sprawę z tego, że polskie drogi są specyficzne. Przykładowo na popularnej „gierkówce” możemy spotkać w tej samej chwili pędzącego tira, traktor z burakami, wyklepanego golfa z importu i najnowsze porsche pędzące 200 km/h. I na dodatek wszyscy rozmawiają przez komórkę...! Drogowy folwark. A w tym wszystkim my – normalni kierowcy w normalnych samochodach.

Poruszanie się w tych warunkach wymaga wyostrzenia wszystkich zmysłów a przede wszystkim odpowiedzialności, wyobraźni i kultury !

Pozwólcie, że udzielę kilku prostych rad:

W trakcie jazdy patrzmy daleko przed siebie. Nie skupiajmy wzroku 30 metrów przed maską (starajmy się zaglądać w zakręty, obserwujmy inne pojazdy) bądźmy zwyczajnie czujni.

Druga sprawa to emocje – nie dawajmy się im ponieść. Jeżeli ktoś pędzi na przysłowiowe złamanie karku nie starajmy się z nim rywalizować – przepuśćmy go! Jeżeli jego życie seksualne jest nieudane to „pokonanie” go na drodze z pewnością jego kompleksy pogłębi – teoria mojego przyjaciela Artura.

Niech cechuje nas wyrozumiałość. Naprawdę nie każdy musi być mistrzem kierownicy. Jeżeli ktoś przez nieuwagę zajeżdża nam drogę, ograniczmy się do ostrzegawczego „trąbnięcia”.

Po co od razu wygrażać pięściami i pokazywać środkowy palec?!

Bądźmy dla siebie po prostu uprzejmi. Cóż znaczy jeden uśmiech i wpuszczenie kogoś na swój pas. Niby nic, a jak dalece poprawia atmosferę na drodze i usprawnia ruch.

Na koniec jeszcze krótka dygresja w kwestii doszkalania kierowców. Na polskim rynku funkcjonuje kilka bardzo dobrych ośrodków, które prowadzą zajęcia doszkalające (nie poruszam tego tematu by reklamować swoją szkołę).

Warto wziąć udział w takim kursie z kilku powodów. Po pierwsze kwestia zdobywania wiedzy. Możemy do niej dochodzić sami latami albo możemy ją uzyskać od profesjonalnego instruktora. Może nam zaoszczędzić sporo czasu i niejednokrotnie także pieniędzy.

Po drugie trening. Kiedy posiądziemy już wiedzę trzeba ją zwyczajnie umieć stosować. Nauczyć się można najszybciej pod okiem fachowca.

Po trzecie obiekty. Profesjonalne szkoły jazdy prowadzą swoje zajęcia na specjalnie wynajmowanych i przygotowanych dużych bezpiecznych placach lub lotniskach. Dostęp do nich jest dla przeciętnego kierowcy niemal niemożliwy.

Spędzenie zatem kilku godzin na bezpiecznym obiekcie w towarzystwie zawodowca na pewno zaprocentuje. Jeżeli mamy gdzieś popełniać błędy, wpadać w poślizg czy uderzać w przeszkodę to właśnie tam. Bez konsekwencji...!

Jeżeli nie stać kogoś na wzięcie udziału w zajęciach tego typu sugeruję pogłębianie wiedzy samemu. Warto znaleźć pusty, nawet nieduży plac gdzie bezpiecznie można spróbować jak nasz samochód hamuje, jak zachowuje się przy gwałtownym skręcie, jak trzymają opony itp. Szczególnie polecam taką formę treningu po pierwszych opadach śniegu.

I naprawdę nie mam tu na myśli ciągnięcia ręcznego, żeby zaimponować dziewczynie.

Pozdrawiam!

Tomasz Czopik

Do góry